para na randce
30do30

30do30: Nie umiem chodzić na randki

Ostatnie 3 lata byłam singlem. Wiecie długoletni związek jednak wpływa na emocje człowieka na tyle, że nie chce on od razu wchodzić w kolejny. Doszło jednak w końcu do takiego momentu, gdy podjęłam decyzje: Dobra czas się zacząć z kimś spotykać. I hmm… easier said than done 🤷‍♀️

Czym jest taka potencjalna randka? Chłopak zaprasza dziewczynę. Wychodzą gdzieś razem. Rozmawiają jedzą/piją/spędzają trochę czasu razem. Albo zatrybi, albo nie. Niby zero jedynkowo. A jednak!

Komedie romantyczne to zło

Tak sądzę i nie zmienię zdania. Zdecydowanie uważam, że to częściowo dzięki nim w momencie, gdy mam iść na randkę mam w głowie bardzo konkretny obraz: faceta z kwiatami w drzwiach, fancy stroje i wyjście do kina z kolacją. Wiecie ten cykl scenek, gdzie ona pół dnia się prasuje i maluje, a gdy w końcu się spotykają każde jest uroczo zestresowane, a ona wygląda jak naturalna piękność, której Bozia dała najlepszy pakiet genów. Według filmów to wszystko powinno być ładne i sentymentalnie słodkie. No, a nie jest.

Projekt: randka, sposób pracy: kanban

Jestem człowiekiem stresem. Serio. Szybko się przejmuję rzeczami i sytuacjami, a dodatkowo mam wysoki poziom poczucia odpowiedzialności (inaczej mówiąc jestem control freakiem). W momencie, gdy zostaje zaproszona przez faceta oczekuję, że ma on już jakiś pomysł na to spotkanie, albo chociaż zalążek. Gdy to się nie dzieje czuję się zobowiązana do zrobienia tego samodzielnie. Czaicie co z tego wynika?

Że facet zaprasza MNIE na randkę, ale przez to, że widzę, iż jest on nieporadny, mało charyzmatyczny, zagubiony (wstaw cokolwiek co wyraża mniejszy lvl poukładania ode mnie) albo nie umie jej zorganizować, TO JA JĄ ORGANIZUJĘ. Krok po kroku. Jak projekt. Kolejne zadanie.

Absurd.

To chcesz czy nie?

Wróćmy jednak do początku tej historii. Byłam singlem i zaczęłam się spotykać z facetami. Większość randek odbyła się według podobnego schematu. Facet mnie zapraszał na wyjście. 85% pytało mnie, gdzie chcę iść, a ja zależnie od nastroju, albo mówiłam szczerze na co mam ochotę, albo że nie mam w sumie pomysłu (tu zaznaczam: nikomu nie robiłam pod górkę! Rozumiem, że obie strony się mogą stresować, więc absolutnie nie jestem typem księżniczki, która łaskawie się zgadza. Wolę partnerskie relacje i jak mam pomysł to o nim mówię.). Co jednak było widoczne, gdy ja nie miałam pomysłu faceci wzruszali ramionami i mieli takie “wyjebane ja też nie wiem”.


Przepraszam, ale to po. uj mnie zapraszasz?

Serio, gdy ja się z kimś chce spotkać to:

  • albo proponuję miejsce sama, bo zależy mi na miłym spędzenia czasu, bo to ja wychodzę z inicjatywą,
  • albo ustalam je z drugą stroną, ale również dając jej kilka opcji.

No, ale spoko, przecież ja i tak ją zorganizuję.  

Taniec z portfelem

Pamiętacie scenę z How I Met Your Mother? Ted, który obraził się za brak tańca z portfelem w restauracji? Zachęcam do obejrzenia 😉

Byłam więc z absztyfikantem w miejscu X. I tu ZAWSZE włączała mi się w głowie scena z HIMYM oraz kilka referencji z komedii romantycznych, które to biły się z nastawieniem dorosłej samodzielnej kobiety. Przed oczami mrygał mi neon z pytaniem:

KTO PŁACI?! KTO PŁACI?! KTO PŁACI?!

Raczej większość życia byłam wychowywania w podejściu, że na randce płaci facet, ale… Będąc fanką równości nie mam problemu z jasnym postawienie sprawy na zasadzie zapytania czy: mógłbym zapłacić? Albo: czy płacimy wspólnie?

Niby problem z gatunku bzdury, ale serio w mojej głowie są scenariusze:

  • okej Jarka siedź cicho, nie płać, bo to facet powinien (przy czym albo się uda, bo on też tak będzie uważał, albo uzna cię za lalunie i księżniczkę),
  • albo zaproponuj, że płacisz za siebie i zostań uznana za przesadną feministkę (jakoś mniej mi się wydaje prawdopodobne, że koleś to odbierze na luzie, w sumie żaden z moich ostatnich doświadczeń tego nie odebrał ze spokojem).

Borze zielony. Raz nawet, jak szczerze zaproponowałam, że każdy za siebie to się gościu obraził. Że mu męskość odbieram. Oooooooooooooooooooooooookeeeeeeej. I’m confused as fuck.

Nie ma punktów EXP z randkowania

Może nie jest to łatwe do wywnioskowania z mojego tekstu, ale zanim weszłam w mój długi związek nie chodziłam na randki. Gdy jako 26latka stanęłam przed perpektywą, że jednak chyba czas zacząć moje doświadczenie było tak, jak napisałam: oparte na filmach i wychowaniu (no i wspomnieniach z eks). Sądziłam, że można się tego trochę nie wiem nauczyć? Zrozumieć z czasem? Czuć się w trakcie takich spotkań w miarę normalnie i naturalnie? Niestety chyba się nie da. Nie ma czegoś takiego, jak pasek umiejętności RANDKOWANIE, a ja nie jestem Simsem, który wraz z kolejnymi doświadczeniami go zapełnia. Stresuję się przed nimi, stresuję się w trakcie, nie wiem co mam robić i jak to powinno wyglądać, skąd wiedzieć, że idzie dobrze. Na pewno są ludzie, dla których takie oficjalne randki są czymś przyjemnym. Ja się do nich nie zaliczam.

Może problemem jest, że za bardzo je rozkminiami nadaje im zbyt wiele znaczenia? A może zwyczajnie serio miałam pecha do nieogarniętych absztyfikantów?

A faceta znalazłam grając z nim kilka sesji w Mahjonga. Raz wracaliśmy przypadkowo razem do domu i jak rozmowa się zaczęła, tak było mi szczerze przykro, gdy musieliśmy ją przerwać. Jesteśmy ze sobą już jakiś czas i… nadal nie byliśmy na żadnej randce.