30do30

30 do 30: Co dało mi prowadzenie bloga?

Dzisiaj dokładnie wybija mi 30 dni do 30tki. Z tej okazji wpadłam na pomysł powrotu do pisania o rzeczach, o których myślę szczególnie mocno w kontekście zamykania pewnego etapu życia. Pojawi się więc tutaj sporo postów podobnych do tych z serii Spacer Biedronki. Może powinnam to nazwać Refleksyjna Biedronka? Albo 30 kropka na pancerzyku? 😉 (albo krzyżyk xD).

Na start temat prowadzenie bloga. Czyli jak to się zaczęło i co mi to dało, a może nawet co zabrało?

Gdy zaczynałam w 2011 roku pisać o książkach nie podejrzewałam, że w kolejnych latach wsiąknę w to tak mocno. Jarkowe bazgroły miały być projektem, dzięki któremu wyrzucę z siebie wszystko co czułam po zakończeniu lektury książki (pochłaniałam je wtedy masowo). Ale wiecie like srsly MASOWO. Pisałam więc i czytałam, a mój ówczesny facet wspierał mnie w tym działaniu również technicznie, ponieważ gdy ja widziałam kod strony to miałam takie: LOL NOPE.

Moje jedyne umiejętności ograniczały się wtedy do wiedzy jak zmienić gotowy szablon na bloggerze na… inny gotowy szablon na bloggerze. Spoko nie?

Jarkowe bazgroły były jednak dla mnie ważne, bo czułam, że się dzięki nim w jakimś stopniu realizuję. W życiu zawodowym bywało wtedy u mnie różnie. Można powiedzieć, iż szukałam dopiero swojego miejsca, a blog był taką przyjemną, ciepłą przystanią, w której zawsze mogłam odpocząć. Działało to przez kilka lat całkiem prężnie. Sprawiało mi przyjemność, aczkolwiek pożerało również sporo czasu.

Sama nie wiem, w którym momencie straciłam do tego serce.

Może wtedy, gdy zobaczyłam, że obowiązków jest coraz więcej, a i tak żeby się wybić musiałabym zainwestować więcej pieniędzy. W ogóle nie mam pojęcia, kiedy w mojej głowie pojawiły się określenia: musiałabym i wybić się.  Pociągnęły jednak za sobą jeszcze większe zaangażowanie i intensywność działań. Zaczęłam poświęcać czas na myślenie bardziej strategiczne: co zmieniać, co pisać na Socialach, ile książek dziennie czytać, by pisać więcej postów. Czytałam artykuły marketingowców i PRowców o prowadzeniu kampanii i tworzeniu marek. I gdzieś pomiędzy jednym tekstem Czaplickiej, a kolejnymi 10 paczkami z książkami od wydawców, najzwyczajniej straciłam do tego serce. 

Wszystko jednak, czego się nauczyłam, by rozkręcić bloga zaczęłam stosować w pracy.

Nauki wyniesione z bloggosfery, wiedza z wielu artykułów branżowych i bogate doświadczenie przy prowadzeniu współprac z wydawcami przeniosłam na pole zawodowe. I wiecie co? To mi pomogło się rozkręcić i wymyślić na siebie plan. Okazało się, że wszystkie doświadczenia zebrane w sprzedaży i obsłudze klienta (które zbierałam jako uczennica i studentka), połączone z kontaktem z mediami i nauką marketingu jako blogger dały mi bardzo solidne podstawy do zostania PRowcem. Serce, którego mi zabrakło do Bazgrołów uaktywniło się, gdy zaczęłam się angażować w wolontariaty przy portalach literackich, konwentach i w końcu dostałam pierwszy raz pracę jako specjalista ds. marketingu.

Blog mi pomógł, chociaż nigdy nie zostałam sławną influencerką.

Bazgroły umarły śmiercią naturalną, a ja znalazłam super zawód, który idealnie zgrywa się z tym, co umiem robić i co sprawia mi przyjemność. I mam taką myśl, że prowadzenie bloga nawet niewielkiego (bo uwaga tylko nielicznym udaje się zostać sławnym influencerem) daje w sumie bardzo dużo. I nie chodzi mi tutaj o #darylosu, ale o:

  • doświadczenie,
  • budowanie relacji i sieci kontaktów,
  • wyrobienie nawyków i naukę systematyczności.

W moim przypadku musiała minąć chwila, bym nauczyła się doceniać, co dał mi mój mały, niszowy blog o książkach. 

Trzymam kciuki, by u Was takie refleksje i docenienie własnej pracy pojawiały się częściej 🙂